Etykiety

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Recenzje US. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Recenzje US. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 2 października 2011

Atmosphere - Family sign. Recenzja.




   Atmosphere ością w gardle staje tym, którzy twierdzą, że hip-hop to muzyka tworzona przez niezbyt rozgarniętych osiedlowych chłopaczków dla ich młodszych odpowiedników. Nawet jeśliby przyjąć, że ogólna tendencja potwierdza tę kontrowersyjną tezę, zawsze znajdą się wyjątki, które zaprzeczą jej bez wysiłku. Do tych wyjątków nie sposób nie zaliczyć duetu z Minnesoty. W relacji do mainstreamu, panowie zawsze stali gdzieś z boku. Nie pasowali tematycznie, nie pasowali brzmieniowo, nawet kolor skóry jak na amerykański rap jakiś nie ten. Któż to widział żeby raper, nie dość że biały, rapował o swoich emocjonalnych i uczuciowych rozterkach do gitarowych pobrzdękiwań, posługując się na domiar złego metaforami, parabolami, alegoriami itd.

   Slug ma już prawie 4 dychy na karku i jeśli chodzi o lirykę, stanął na rozdrożu. Z jednej strony, celem jaki mu przyświecał podczas sesji nagraniowych było na pewno zachowanie stylu i klimatu do jakiego jako raper przyzwyczaił, a z drugiej ukazanie siebie samego jako ojca, męża, człowieka dojrzałego. I tu pojawia się mały zgrzyt. To co było dotychczasową siłą Sluga, co urosło wręcz do rangi kultu wśród jego najzagorzalszych słuchaczy to bezkompromisowość, nieustanny sarkazm i nieznośny, sardoniczny styl bycia. Na Family Sign mamy już do czynienia ze Slugiem mocno oswojonym. Szyderstwo zostaje wyparte przez dojrzałość, bezczelna kontestacja zostaje zastąpiona życiową mądrością. Innymi słowy Sluga powoli zaczyna trapić problem, który stał się masową epidemią tzw. legend rapu. Problemem tym jest zdziadziałość. Nie przekreśla to jednak wartości albumu. Bo Slug w przeciwieństwie do wielu wspomnianych legend, nie udaje, że dalej ma 20 lat. Z wiekiem, co raz mniej w nim tego rozemocjonowanego młodzieńca, ale nawet jeśli się starzeje, to robi to z klasą.

   Dla fanów starego, zbuntowanego Sluga znajdzie się kilka wyjątków, jak np. "Bad, bad daddy", które w dosłownym odczycie przedstawia Sluga jako zagubionego ojca, który lubi się uchlać, zaniedbując przy tym swoje potomstwo. Jednak Slug nie byłby Slugiem gdyby nie pozostawiał słuchaczowi szerszego pola do interpretacji. Widoczne jest to zwłaszcza w, w jednym z najlepszych kawałków na płycie, storytellingu "Became". Pozornie prosta historia o samotnej wędrówce "czerwonego kapturka" po zaśnieżonym lesie, na którego trop wpadły wilki, znajduje nieoczekiwany finał. 


        
   Czy przemianę w wilka i oddaniu się "grze" interpretować jako powrót żony Sluga do nałogu ("snow") czy może jej ciągot do zabawy z innymi "wilkami" czy może w ogóle traktować kawałek jako uniwersalną przypowieść i nie traktuje on o żonie rapera? To już pozostawiam Wam, bo pewnie ile słuchaczy, tyle interpretacji i właśnie w tym tkwi magia tego utworu.

   Zresztą tekstowo, jest to jedna z wielu perełek. Wszystkie w zasadzie teksty Sluga pobudzają do refleksji, a raper obojętnie o czym by nie mówił, porusza temat dogłębnie. Czy rapuje o przesadnym nadskakiwaniu kobiecie ("She's enough") czy o przemocy w rodzinie ("Last to say"), czy nakreśla impresje człowieka umierającego w wypadku samochodowym, tworząc przy tym bardzo plastyczny obraz ("If you can save me now"), brzmi interesująco a głębia tekstów, ocierająca się momentami niemal o poezję, budzą szczery podziw. Chwilami jedynie, można odnieść wrażenie wtórności w stosunku do samego siebie, zwłaszcza gdy Slug porusza tematykę relacji damsko-męskich, wspomina eks-dziewczyny itd. Jeśli chodzi o flow, jest ono na pewno bardziej stonowane, mniej płaczliwe. Sprawdza się także łączenie rapu z podśpiewywaniem.

   Produkcja Anta pozostaje dość wierną klimatom indie, spójną całością. Głównego producenta wspierają na płycie Nate Collis i Erick Anderson odpowiedzialni za żywe instrumenty. Nie ożywiają one jednak płyty za nadto. Nie jest to zresztą przytykiem, chodzi po prostu o to, że całość jest ponurą, melancholijną, momentami wręcz dołującą podróżą. I zwieść się da ten, który opinię o całym krążku wyrobi sobie na podstawie singla "She's enough". To najbardziej radosny utwór, na tej dość przygnębiającej płycie. Smutna, nie znaczy jednak zła. Choć całość ociera się momentami o monotonię, trzyma wysoki poziom, świetnie dopasowując się do tekstów Sluga. Dodatkowo Ant pokusił się momentami o eksperymenty, zabawę gatunkami, co nieco ubarwia całość, nadając jej eklektyzmu.

   Jeśli więc szukasz płyty, która wprawi cię w melancholijny, senny i refleksyjny nastrój, płyty która idealnie wkomponuje się w jesienną aurę, Family Sign będzie strzałem w dziesiątkę.
      
   Na zachętę mój ulubiony eklektyczny kawałek z „emo”-Slugiem w roli głównej:



   A fanom starego, niepokornego Sluga polecam....

   ...starego, niepokornego Sluga : 


        

niedziela, 25 września 2011

Evidence: "Cats and dogs" - Recenzja


        Jeśli miałbym postawić jakiegoś rapera na antypodach w stosunku do Jaya-Z, byłby to właśnie Evidence. Takich biegunowych różnic jest wiele - jeden do bólu bogaty, drugi raczej średnia krajowa, jeden jest chorym na manię wielkości egomaniakiem, drugi jest skromny. Wreszcie gdy ten pierwszy preferuje pisać czeki, ten drugi woli się skupić na pisaniu rymów.

     Do tych ostatnich na tym albumie akurat nie można się przyczepić. Evidence doskonale wie co to technika rymowania i jak się nią odpowiednio posłużyć, kiedy rzucić podwójny na końcu wersu, a kiedy rym krzyżowy w środku (tak, wiem Jay-Z też to wie, może nawet i lepiej). Jednak najważniejszą różnicą między obydwoma panami, na niekorzyść naszego dzisiejszego bohatera, to flow. Podczas gdy Jay-Z może robić z nim nieomal wszystko, ten drugi jest niestety żółwiem.
     Nie jest to zresztą jakaś nowo przypadła bolączka. Evidence zwie siebie samego, nomen omen, Mr. Slow Flow. Nie da się jednak ukryć, że to słynne leniwe flow, jak na dzisiejsze czasy, jest zwyczajnie mocno średnie. Owszem, sprawdza się w wielu numerach, ale na dłuższą metę, w obrębie całej piosenki/płyty/kariery staje się monotonne, żeby nie powiedzieć nużące. Nasz legendarny Wetherman po prostu po każdym bicie wlecze się jak żółw. Niezależnie czy podkład ma 60 czy 100 bpmów, Ev zawsze leci (prawie) tak samo. Pooooowooooli, bez pośpieeeeeechu, seeeennie.
      Nie ma co z tego powodu czynić większych wyrzutów jego drugiej solówce. W końcu to żadne novum, można się było tego spodziewać i jak liczyłeś, że na tym albumie Weatherman urządzi sobie wokalne fajerwerki, no to się niestety przeliczyłeś. Są na tej płycie bity, które aż proszą się o jakieś przyśpieszenia, kombinacje ("Where you from", "Falling down"), no ale chciał czy nie chciał, ich nie ma.

      Na szczęście dla bohatera tej recenzji, nie samym "flołem" słuchacz żyje. Evidence potrafi zaciekawić liryką i tematyką. Na tę drugą składają się głównie zapiski z życia rapera, album jest mocno autobiograficzny. Ev relacjonuje na nim swoją walkę z życiem, z bolączkami dnia codziennego. Przykładem kawałka, w którym przewija się ból egzystencji i przemijania prowadzący do krwawienia serca ("Took the jacket off, saw blood on my sleeves/ when you wear  your heart there, this the puddle it leaves") jest "I don't need love". Utwór jest pełen wersów chwytających za serce ("While Kanye was chasing Spaceships all over the nation/ I was at the gravesite, face on the pavement"), przepełnionych konfesyjną odwagą. Mało który raper potrafi nawijać tak otwarcie o swoich słabościach w obliczu tragedii jaką jest utrata najbliższej na świecie osoby - matki.

       Mimo wszystko, Ev na tym krążku pozostaje po stoicku pogodzony z przeciwnościami losu i bólem egzystencji. Mimo, że ich doświadcza, nie narzeka, nie poddaje się, skupiając się na  czerpaniu radości z życia.Ktoś kiedyś powiedział, że człowiek naprawdę pewny siebie nie musi o tej pewności przekonywać, pusząc się i zachowując arogancko. Wedle tej tezy, Ev jest bardzo pewny siebie. Momentami jego skromność jest aż uderzająca. Jeśli Ev się chwali, to swoimi raperskimi umiejętnościami, jeśli rapuje o kasie, to bynajmniej nie po to, żeby się pochwalić jak drogie samochody za nią kupuje: ("Portions of my proceeds is feeding my homies now/ I always shared pretty good for an only child" - Red Carpet).

        Weatherman mimo sukcesu i legendarnego wręcz statusu jego pierwotnego składu Dilated Peoples, pozostał skromnym kolesiem, z którym fajnie by było zapalić jointa (jeśli jednak nie jesteście ziomkami Evidence'a to na jaranie z nim raczej nie możecie liczyć - wyjaśnienie w "Strangers").

       Rapera dość dobrze uzupełnia produkcja i goście. Wśród tych drugich nie ma przypadkowych osób. Albo są to dobrzy znajomi (np. Rakaa czy Termanology), albo uznane nazwiska, które świetnie się odnalazły w tematyce kawałków (Slug, Raekwon, Ras Kass). Relatywnością do warstwy lirycznej albumu, wykazuje się także produkcja. Nie ma tu typowych bangerów, nie usłyszycie Ev'a w klubie (no chyba na to nie liczyliście?) nawet amerykańskim. Po prostu jest to muzyka, którą warto wrzucić na słuchawki i trochę ją pokontemplować.
      Brak bangerów nie oznacza jednak słabych bitów. Wszak Weathermanowi udało się zebrać niezłą producencką śmietankę. Już na wejściu Alchemist w "The liner notes" świetnym, melancholijnym bitem wprowadza w nastrój (żeby nie powiedzieć - w trans). Zresztą Alchemist jest tutaj głównym bohaterem produkcji, dając liderowi DP aż 5 swoich bitów. Oprócz niego uznanie zdobywa bliżej mi nieznany Twiz the beat Pro, którego bit udowadnia, że siła tkwi w prostocie pętli i mocnych bębnach. Nieźle wypada też legendarny DJ Premier z bitem w jego stylu, samplowanym z Mavisa Staplesa.  Na uwagę zasługuje podziemny Rahki, który stworzył ciekawe połączenie dirrtysouthowego tempa cykaczy z raczej nowojorską melodią w "Falling down". Szkoda jedynie, że przez swoje "slow flow" Evidence nie wykorzystuje w pełni potencjału jaki drzemał w tym kawałku. W zasadzie jedyny bit, który może drażnić i kusić do naciśnięcia guzika 'skip' to producencki "popis" Alchemista w "The crash".

       Ad meritum, trzeba przyznać że Evidence na "Cats and dogs" odwalił kawał dobrej roboty. Jego drugie solowe dziecko bije na głowę jego solowy debiut sprzed czterech lat. Płyta, choć pozbawiona superhitów, wyróżniających się na tle reszty bangerów, stanowi spójną całość, którą dobrze jest wrzucić na słuchawki. Jeśli szukacie krążka, który będzie wartościową odskocznią od wszędobylskiego ostatnio w hip-hopie lansu, blichtru, tematycznego pławienia się w luksusach, "Cats and dogs" jest znakomitym wyborem.

wtorek, 30 sierpnia 2011

Czy Lil Wayne porwie Beyonce? Recenzja Carter IV.

    
    Krzyczeli: to jednosezonowa atrakcja! Narzekali: skończył się! Poszedł w pop i rozmienił na drobne! Wieszczyli: odbiło mu! Będzie robił gitarowy country! Tymczasem on wraca. W dobrej kondycji i silny jak zwykle.

     Z lil Waynem jest tak, że albo go kochasz, albo nienawidzisz. Już w intro jego najnowszego krążka słuchacza wita chochliczy śmiech pierwszoplanowego bohatera. Specyficzny, wysoki głos, często przechodzący w skrzek jest czymś, co może drażnić. Jeśli zatem masz już ukształtowaną, negatywną opinię na temat Weeziego, olej ten album. Nie sprawi on, że zmienisz zdanie. Ja Cię do tego nie będę przekonywał, bo to kwestia dogmatu. To jak przekonywać Talibów, by olali Mahometa i uwierzyli w Jezusa Chrystusa. Wszystkich pozostałych zapraszam do lektury. Lil Wayne jest tu bowiem tym samym lil Waynem. Pełnym buty, drażliwej pewności siebie i szyderczego chichotu.

      Początek płyty jest naprawdę mocny. Od pierwszego po Intro, "Blunt blowin'" do szóstego "She will" mamy wspaniałą sekwencję dirrty southowych bangerów, na których aż roi się od panczlajnów i chorych metafor, do jakich przyzwyczaiło słuchacza noworleańskie, cudowne dziecko cracku i Birdmana.  "Blunt blowin" wita nas wersami:

I live it up like these are my last days
If time is money, I'm an hour past paid
Ughh, gunpowder in my hourglass
Niggas faker than some flour in a powder bag

    Błyskotliwe porównania mają swój dalszy ciąg w kolejnych kawałkach. W "Megaman", inspirowanym komputerowym bodajże superbohaterem, Wayne tłumaczy nam swoją playerską proweniencję, na którą składają się dragi, dziwki i wpływ Birdmana ("Faded of the Kush, I'm gone/only 2 years old when daddy bring them hookers home") lub rzuca gangsterskimi panczami, na podwójnych rymach, bawiąc się przy tym słowem ("Tranquilizer in the trunk, put your ass in the sleep, man/ Birdman junior, got the world in my wingspan").

     Gierki słowne, bazujące do podobieństwie brzmieniowym to coś czego jest na tej płycie bez liku.  Jeśli zatem, zamiast zaangażowanych fabularno-konceptualnych zwrotek, oczekujecie lekkiej tematyki, błyskotliwych panczlajnów i wordplayów, odjechanych metafor i porównań, ta płyta jest właśnie dla was. 
    
     "She will" przynosi nam gościnny udział Drake'a w swej sprawdzonej roli, czyli w refrenie. Jego wokal wspaniale uzupełnia, bujający, nowocześnie cykający bit i, momentami wręcz poetyckie w swej formie, spostrzeżenia lil Wayne'a. 
     Przerywnik ("Interlude") pozwala zapoznać się szerszemu gronu słuchaczy z reprezentantem Kansas, Tech N9nem, który od swego ostatniego albumu, zachwyca formą i swym energetycznym, pełnym przyśpieszeń występem, całkowicie przyćmiewa drugiego, uznanego przecież, gościa - Andre 3000. Co ciekawe, sam Wayne w przerywniku nie rapuje.
     "John" to całkiem udana kontynuacja (zarówno w produkcji, jak i rapie) bangera Ricka Rossa, z jego gościnnym udziałem zresztą.  Po prostu if they die today, rember them like John Lennon. 
      "Abortion" reprezentuje nieco spokojniejszy ton w produkcji, choć niekoniecznie odzwierciedla się to w liryce. Weezy pozostaje niespokojną duszą, choć odwołuje się do Boga i dziękuje mu za pomoc w skupieniu się na przyszłości, to robi to w charakterystyczny dla siebie sposób, w kłębach marihuanowego dymu.
      "So special" i "How to love" to kawałki dedykowane kobietom. John Legend wzbogaca ten pierwszy z utworów wokalem, zapewniając, że kobieta przy nim czuje się "so special". Wayne nie pozostaje w tyle i po szarmancku zapewnia, że jego dziewczyna dochodzi pierwsza. Rzekłbyś, prawdziwy dżentelmen. "How to love" udowadnia, że Weezy pozostaje jednym z nielicznych, którym użycie auto-tune'a wychodzi na dobre (przypomnijcie sobie chociażby gościnny udział w refrenie na płycie The Game'a).
      "President Carter" prezentuje chyba najciekawszy bit na płycie i konceptualne podejście do tematu. Raper wykorzystuje zbieżność swojego nazwiska z byłym prezydentem USA, co owocuje wykorzystaniem wycinków politycznych przemówień. Swe przemyślenie kończy stylizacją na prezydencką przemowę, odwołującą się do byłego prezydenta Stanów. Ukazuje w niej zakłamanie i hipokryzję polityków:
      They shoot missiles and nukes
Taking out such a pivotal group
The body count is the physical proof
And they thought drugs were killing the youth

     "It's good" to utwór, do którego nawiązuje tytuł niniejszej recenzji. Goście, zwłaszcza Jadakiss, są w formie. Ale, wykorzystując meteorologiczną metaforykę, jeśli Jada to gradobicie, Drake pozostaje ciszą przed burzą. Potem nadchodzi burza. Nadchodzi lil Wayne. Pamiętacie zapewne utwór H.A.M. z nowej płyty Jaya-Z i Westa. Jay nawija tam o "baby money" innych raperów. Choć nie jest to oczywiste, owe wersy można odebrać jako diss na lil Wayne'a właśnie. Jay zresztą od lat, mimo że na wszystkich patrzy z góry, to czasem "łaskawie" pozwala sobie na zaczepki innych raperów, których nie można jednoznacznie sklasyfikować jako diss czy props. Tak było z Ludacrisem, tak było ze Scarfacem.

     Jednak oni to oni, a Wayne to Wayne. Ten nie puści takiej "podpierdolki" mimo uszu. Dlatego na "It's good" wystosował odpowiedź, która już ewidentnie uderza w Jaya-Z. Nawiązuje do "baby money" i sugeruje porwanie Beyonce, by przekonać się jak bardzo Jay kocha pieniądze swojej kobiety ([pieniądze Beyonce, a nie ją samą! - to diss w dissie!). Na koniec zarzuca Hovie uliczną "nieprawdziwość". Jednym słowem, z jego królewską mością Weezy się nie cacka:
 Talkin ’bout baby money? I got your baby money
Kidnap your bitch, get that ‘how much you love your lady’ money
I know you fake nigga, press your brakes nigga
I’ll take you out, that’s a date nigga
I'm a grown ass blood, stop playin with me
Play asshole and get an ass whippin’
I think you pussy cat ha, hello kitty
I just throw the alley-oop to Drake Griffin

     Zagadką pozostaje pytanie czy Jigga zechce odpowiedzieć. Niejednokrotnie olewał dissy i zaczepki, pokazując, że jest ponad tym. Nie powinien jednak zapominać, że tutaj pozostaje (choć nie oczywistym) prowodyrem.

       Po Outro, posiadacze płyty w wersji deluxe mogą posłuchać jeszcze trzech bonusowych utworów, z których każdy zasługuje na uwagę. "Mirrors" z gościnnym udziałem Brunona (sic!, ;)) Marsa ma duży potencjał komercyjny. A "Two shots" wyrapowane jest na najbardziej oddalonym od planety Ziemi bicie.

     Całość prezentuje się bardzo dobrze. Jeden jedyny skip konieczny jest "zasługą" T-Paina, którego cyfrowo podrasowanego wycia nigdy nie będę mógł znieść. Tak czy owak, płyta na pewno jest jedną z lepszych wydawnictw tego roku. Raperska kondycja lil Wayne'a, uzupełniona świetną produkcją uznanych graczy (m. in. Cool & Dre, Willy Will, Infamous) sprawia, że album podtrzymuje poziom najrówniejszej hip-hopowej serii.
        
     

wtorek, 9 sierpnia 2011

Jay-Z & Kanye West - Watch the throne - recenzja.

                                                     
 
    Długo oczekiwana i szumnie zapowiadana płyta wreszcie się ukazała. Jay-Z udowodnił na niej, że jest jak wino. Niestety tanie. Im starszy, tym więcej w nim siary. Siary czy też obciachu, wszystko jedno. "Trzeba wiedzieć kiedy ze sceny zejść niepokonanym" śpiewał Markowski, ale Jay-Z chyba nigdy nie słuchał Perfectu, a szkoda. Ten album dobitnie pokazuje, że od Black Albumu Jigga cofa się w rozwoju. Nie chodzi tu nawet o technikę, formę, flow. Chodzi o tematykę. Odkąd stał się biznesmenem, CEO, właścicielem kilku firm, współudziałowcem klubów sportowych etc., zwyczajnie brakuje mu tematów. Dlatego ucieka w przechwałki na temat tego jaki jest bogaty, jak daleko i bogato może podróżować i jaki jest przy tym cool i szczęśliwy. Niestety coraz częściej brzmi to jak zaklinanie rzeczywistości. I kiedy już milion razy usłyszycie różne kombinacje słów: dolar, bogactwo, fancy cars, maybach, louis vitton, gucci, rolls royce itd., to nagle okazuje się, że poza tym zostało niewiele. A szkoda, bo obaj panowie rapować potrafią. I o ile Jay jest lepszym raperem, to jednak Kanye pozostaje wartościowszym artystą. Jego teksty na tej płycie są często dużo głębsze i ciekawsze niż te Jaya. 

       Płyta zaczyna się nieźle. Panowie, na solidnym bicie, porównują swój rap do religii. Jay wplata siebie i kolegę w poczet takich person jak Platon, Sokrates czy Jezus Chrystus, wspomina hustlerską przeszłość z której doszedł do dzisiejszego statusu światowej gwiazdy. Bohaterem pierwszoplanowym tego kawałka staje się jednak Kanye już od pierwszych wersów, płynnie przechodząc z błyskotliwych porównań do relacji damsko-męskich: ("Coke on her black skin made a stripe like a zebra/I call that jungle fever/you will not control the threesome/just roll the weed up until I get me some/we formed a new religion/no sins as long as there's permission'/and deception is the only felony/so never fuck nobody wit'out tellin' me".

      Dalej jest niestety gorzej. "Lift off" to kawałek nie do strawienia. Beyonce nigdy nie należała do moich ulubionych wokalistek, ale tutaj jej wycie staje się po prostu nieznośne. Podobnie jest zresztą z autotune'owym wyciem Kanyego. Jayowi wyrapowującemu, nie tak przecież dawno, śmierć auto-tune'owi już to nie przeszkadza? Ciekawe. Być może jednak, kawałek stanie się hitem radiowym i będzie wymieniany w jednym rzędzie z wytworami takich gwiazdeczek jak Bruno Mars czy Justin Bieber.

      Potem znowu wkraczamy w świat nowobogackich przechwałek. Weźmy na przykład "Niggas in Paris". Ktoś mógłby pomyśleć, że to jakaś głęboka metafora, ale nic bardziej mylnego. Jaya i Kanyego stać na Paryż, w Otisie Jaya stać na Kubę, na której pali cygara rzekomo z Fidelem Castro, bo chyba brak mu innych skojarzeń z tym krajem. Na brzmiącej jak Swizz Beatz w 2000r. produkcji, Hova rapuje, że on supposed to be locked up, ale jednak jest bogaty. Po 20 latach kariery można śmiało powiedzieć, że to już ostre dławienie się własnym ogonem, zwłaszcza, że takie "przemyślenia" rzucał 10 lat temu w dużo ciekawszy sposób. Niewiele lepszy Kanye przyjmuję rolę Boga, do którego łazienki ty, czy raczej twoja dziewczyna, może się doczołgać i udowadniać mu na 100 sposobów, że zasługuje na to bogactwo dookoła. Zieeew.

        Podobnie jest na wspomnianym "Otisie", z tymże tam supernowoczesne wymogi brzmieniowe kazały pociąć sampel tak krótko, że robi się z tego denerwująca kakofonia. Dlatego jak po nim, rozpoczyna się "Gotta have it" odczuwa się wrażenie, że ktoś na chwilę zabrał nas z zasyfiałego zadupia, pełnego straganowego wrzasku, na spokojną, ciepłą plażę w ekskluzywnym kurorcie. Arabsko-brzmiący, nieco melancholijny sampel, spokojnie kołysze, przypominając czasy big pimpin. Żebyście mnie źle nie zrozumieli, w dalszym ciągu jest to głównie braggadoccio, w którym chwalą się nie umiejętnościami, a bogactwem, ale w końcu brzmi to dobrze. Dobry bit uzupełniają nareszcie dobre linijki, Jay bawi się słowem jak za dawnych lat, nawiązując np. do Richarda Pryora ("Bueller had a Mueller, but I switched it for a Mille/cause I'm richer, and prior to this shit was movin' freebase"), Kanye świetnie wchodzi w bit, rapując bujającym flow, jak to zawistna biała Ameryka, próbuje zburzyć jego małżeństwo z pieniędzmi. Dobrym pomysłem okazało się, "klasyczne" w hip-hopowych duetach, rozwiązanie polegające na rapowaniu kilku wersów na przemian.

        "Murder to excellence", pod względem brzmienia, przenosi nas w klimaty z ostatniej solówki Westa. Bit brzmi nowocześnie, głównie za sprawą bębnów, które są wspaniale uzupełniane samplowanym chórem żeńskim. Tutaj nowoczesność wreszcie nie jest synonimem przekombinowania. Raperzy w końcu dotykają poważniejszego i głębszego (choć trudno powiedzieć, że oryginalnego) tematu. Jigga pokrótce wprowadza w dość "wewnętrzny" problem czarnych Amerykanów, nawiązując do Danroya Henry'ego, zastrzelonego przez policjantów. Głównie Jayowi chodzi o to, by czarny nie patrzył na czarnego jak na wroga, bo grają w jednej drużynie, przedstawiając siebie jako reprezentanta czarnej mentalności w wielkim świecie ("I'm out here fighting for you/don't increase my stressload/niggas watching the throne/ very happy to be/power to the people, when you see me, see you"). Kanye bawi się słowem, opowiadając o powszechności zjawiska "black on black murder" ("and I'm from the murder capitol/where they murder for capital/heard about at least 3 killings this afternoon/looking at the news like "damn! I was just with him after school"). Dramatyzmu dodaje wyśpiewywany przez Kanyego refren. Co charakterystyczne, bit ewoluuje, najpierw poprzez kombinacje jednego sampla, by płynnie przejść w inny. Brzmi jak te z "My beatiful dark twisted fantasy" i byłem zaskoczony, gdy przeczytałem, że robił go nie Kanye, a Swizz Beatz, który ostatnio chce brzmieć bardziej jak DJ Tiesto niż producent hip-hopowy.

      Z zasługujących na uwagę, ciekawszych lirycznie kawałków, wyróżnić trzeba jeszcze "New Day". RZA zrobił do niego spokojny, pełen chandry bit, który ubarwiony został niestety auto-tune'owym, rzewnym śpiewem. To co jest siłą tego numeru to tekst. Kanye, pełen ironii, rapuje o tym, że nigdy nie wychowa dziecka na swoje podobieństwo. Zabroni mu mieć ego i własne zdanie, wychowa go tak, by ożenił się z pierwszą miłością, głosował na republikanów, by nikt nie pomyślał, że śmie nie kochać białych ludzi itd. Ten smutny kawałek ukazuje jak społeczeństwo stara się wymuszać zachowania jednostki na własne podobieństwo, jak tłum przeciętnych próbuje ściągnąć na swój poziom, tych którzy ośmielili się latać wyżej. Jeden z nielicznych ciekawych konceptów tej płyty.

      Ostatnią już perełką jest "That's my bitch" - ciekawy, "rozpędzający się" syntetyczny bit, okraszony bardzo przyjemnych dla ucha, żeńskim wokalem. A do tego bezczelne flow Kanyego i Jaya, rapujących dość błyskotliwe, pełną pewności siebie zwrotki o swoich "dziwkach", jak czarni raperzy zwykli nazywać swoje sympatie. Niestety z perełek to tyle. Ciekawe jest jeszcze tylko mocno bluesowe "The Joy", niepokojąco brzmiące "Primetime" i lekko dubstepujące "Illest motherfucka alive" z patetycznym chórem rodem z filharmonii. Reszta brzmi albo przeciętnie, jak np. znów quasi-dubstepowe "Who gon stop me" czy też "Why I love you", które trochę przypomina ostatnie dokonania Eminema lub całkiem słabo jak "HAM" czy przekombinowane nowoczesnością "Welcome to the Jungle", o kawałku z Beyonce nie wspominając.

       Ostatecznie, płyta na pewno nie jest kandydatem na klasyka, ale też nie jest kompletną klapą. Są na niej i perełki, takie jak, głównie za sprawą tekstu, "New day", "Murder to excellence" czy "Gotta have it". Ale są też i całkowite nieporozumienia. Fanom matematycznego przeliczania muzyki zaproponowałbym ocenę 6/10.


poniedziałek, 1 sierpnia 2011

Raekwon - Shaolin vs. Wu-Tang

                                             

    Jeśli ktoś oczekiwał, że po współpracy z Justinem Bieberem, Raekwon pójdzie ścieżkami popu, zacznie "upiększać" swój wokal auto-tunem i baunsować w teledysku z Rihannami, Christinami, Margarinami, musiał się mocno zdziwić. Raekwon pokazał bowiem, że współpraca z Justinem miała mu przynieść rozgłos wśród niehip-hopowych słuchaczy. W cukierkowym kawałku zwrócił na siebie uwagę, by powrócić w swoim starym, sprawdzonym stylu. W stylu WU. Raekwon robi wszystko, by pokazać, że nie wyparł się swoich ulicznych korzeni, tkwiących w Shaolin, jak członkowie Wu-Tang zwykli nazywać Staten Island. Rae w jednym z ostatnich wywiadów odważył się nawet skrytykować Jaya-Z, mówiąc, że ulica już dawno o nim zapomniała i jedyne co może dla niej zrobić, to podrzucić na Marcy Projects 100tys. USD. Jeśli więc oczekujecie po tej płycie cukierkowych, melodyjnych refrenów i klubowego brzmienia, będziecie srodze zawiedzeni.

     Podobnie jak poprzedni, nawiązujący do klasycznego debiutu album, Shaolin vs. Wu-Tang jest pełen mroku. Na pierwszy rzut oka (ucha?) nie ma na nim takich street bangerów, jak chociażby Black Mozart z Only Built 4 Cuban Linx 2. Nie w pojedynczych bangerach tkwi bowiem siła tego krążka. Album największe wrażenie robi jako całość. Jeśli nawet jeden kawałek was nie zachwyci, to przesłuchując cały krążek zrozumiecie synergię tego wydawnictwa. Pierwsze co rzuca się w uszy, to produkcje. Nie ma tu RZA, co nie znaczy, że album nie brzmi jakby pochodził z najlepszych lat Wu-Tangu. RZA dorobił się sporo epigonów, często będących w lepszej formie niż sam mistrz. Kawałki takie jak Butter Knives, Last Trip to Scotland czy Silver Rings brzmią jakby były żywcem wyjęte z 36 Chambers, oczywiście uwzględniając, że powstawały 18 lat później i brzmią nowocześniej.

    Crane Style czy The Scroll, oparte na dość niespotykanych w hip-hopie pętlach, melodyjne sample w Snake Pond nawiązują do wu-tangowych korzeni, mocno tkwiących w starych, orientalnych filmach Kung Fu. Z tegoż nurtu kinematografii pochodzą oczywiście wszystkie wstawki, odgłosy walk, dialogi pojawiające się gęsto między kawałkami. Perełką jest tutaj wspomniany The Scroll. Bit do tego numeru stworzył, ku mojemu zaskoczeniu, sam Evidence. Nigdy bym nie przypuszczał, że sprawdzi się w takich klimatach, a okazało się, że stworzył najlepszy bit na płycie.

    Jedyny negatywny wyjątek, wprowadzający małą niespójność w brzmieniową całość, stanowi Rock 'n' Roll autorstwa DJ Khalila. Utwór jednak broni się liryką. Tytuł nie nawiązuje do gitarowej muzyki, choć w refrenie Kobe wyśpiewuje imię Bon Joviego. Rock to slangowe określenie na grudę cracku, roll to slangowe określenie na pigułkę extasy.

    Teraz rozumiecie, że obcujemy tu z najulubieńszą dla Rae czy Ghostface'a tematyką. The Chef zaczyna od operowania metaforyką rodem z przygodowych filmów ala Krokodyl Dundee, by następnie przejść do tego jak ze swoimi ludźmi wydaje, zarobioną na handlu dragami, kasę. Ghostface z kolei, posługuje się charakterystycznym dla siebie strumieniem świadomości, opartym na luźnych i, trzeba przyznać momentami dość odległych, skojarzeniach (with a yellow back, pretty long hair/suck a dick like the wind stepping).

     To właśnie Ghost jest jedynym raperem, który rapersko dotrzymał kroku Raekwonowi. Z gości na uwagę zasługuje jeszcze Lloyd Banks, który doskonale wpasowuje się w klimat i tematykę kawałka i nie daje się pożreć Raekwonowi, przedstawiającemu niezwykle plastyczny gangstersko-uliczny storytelling. Swoje robi także Method Man, mistrzowsko bawiący się słowem ("They be calling my flow ill, but still I'm never calling in sick"). Zawodzi niestety, będący ostatnio w słabej dyspozycji Nas, przeciętnie wypada Busta. Wszyscy goście to jednak tło dla będącego w świetnej kondycji Raekwona, który chyba im grubszy się staje, tym grubsze linijki rzuca. Obojętnie czy przedstawia reminiscencje jak na From the Hills, czy gangsterskie opowieści jak na Last trip to Scotland, trzyma bardzo wysoki poziom. Ma mnóstwo konceptów, metafor i dwuznaczności. Niech małą próbką będzie ta homonimiczna gierka słowna: "Chef a fly ass nigga, he cook every Sunday/had a beef on the runway, making shit ugly".

     Rapersko to cały czas liga mistrzów, a Raekwon udowadnia, że obok Ghostface'a pozostaje członkiem Wu, trzymającym nieprzerwanie wysoki poziom. Całość wieńczy patetyczne, oparte na samplach z Ennio Moricone outro, z najbardziej znanym z wu-tangowej dyskografii okrzykiem. Bardzo mocny kandydat do płyty roku.